Epopeja o pięknych i pysznych oraz kulinarnej bestii. Jej potworności nie zapomnę na wieki wieków. Za to pięknym należą się poematy sławiące ich smaki po wsze czasy. Wynik 10 do 1 w piłkarskim świecie byłby legendarnym triumfem, w mazurskiej rozgrywce na talerze pozostawia niesmak. Na szczęście stolica niesmaku jest na samym końcu szlaku, więc łatwo wyminiecie. Oto lista najlepszych knajp na Mazurach 2020.

Numer #1: Tawerna Pod Lipą w Piaskach (Wioska Rowerowa)

Talerz ryb (przystawka)

Absolutny hit i odkrycie tego lata. Najlepsza według mnie restauracja na Mazurach w tym sezonie. Trafiliśmy tam tylko dzięki rekomendacji lokalnego mieszkańca. Płynąc żaglówką po Jeziorze Bełdany tawerny nie widać z brzegu. Miejsce jest niepozorne i cała przystań wygląda bardzo skromnie w porównaniu do położonej tuż obok Korektywy i wielkiej przystani motorówek. Jakie to szczęście, że mieliśmy kapitana jachtu, który się uparł, że cumujemy w tej „cichej i niewyględnej” marinie. Jak bardzo pozory mylą! Wspięliśmy się sto metrów w górę i zobaczyliśmy urokliwą tawernę pod lipami. Widok na zachód słońca z perspektywy tarasu rozbijał bank. Choćby dla niego samego warto było przyjechać. My jednak w ekipie pięciu głodnych i zdeterminowanych, żeby wreszcie upolować solidną mazurską rybę, rzuciliśmy się na kartę dań.

Sporo domowych smaków – smalec, śledzie w oleju, „mazurski wek” (mięso wieprzowe z przyprawami w słoiku) i swojski schabowy. Z drugiej strony nie brak ryb. Na pierwszy głód poszła zupa rybna (18 zł) i talerz ryb mazurskich (40 zł – ceny w sierpniu 2020). Zupa domowa, delikatna, z zacnymi kawałkami ryby. Talerz z kolei przerósł nasze wyobrażenia o wielkości porcji – spokojnie może służyć za przystawkę dla 3-4 osób. W składzie smażone kawałki pstrąga, miętusa i sandacza z niezłymi surówkami kapuścianymi. W roli głównej wystąpił zaś bohater wieczoru sandacz z sosem kurkowym, surówką z kapusty kiszonej i domowymi frytkami (35 zł). Pal sześć bezlaktozowe ograniczenia, tego sosu na bazie śmietany nie mogłam sobie odmówić. Cała kompozycja była wprost idealna – bez ściemy pod tytułem frytki z torebki, bez tonących w majonezie sałat – prosto i od serca. Takich miejsc jest dziś bardzo niewiele.

Cały ośrodek, jak i tawerna zdaje się działać od niedawna. Prowadzi ją rodzina. Może dlatego jest tak serdecznie i gościnnie. Ceny nie zwalają z nóg – jak za tę jakość i porcje – są naprawdę rozsądne. Do tego nadzwyczajny widok na jezioro i urokliwa przystań z zachodem słońca, którego sama sobie dziś zazdroszczę.

Numer #2: Folwark Stara Kuźnia w gminie Miłki

Do tego miejsca wróciłam już kolejny raz. Ukryte w wiejskiej okolicy 8 kilometrów od Rydzewa. Wiedzie do niego malownicza trasa wzdłuż Jeziora Wojnowo. Na miejscu klimat jak z obrazów Renoira. Sielsko, anielsko i dookoła spacerują gęsi. Legenda głosi, że jeszcze do niedawna po zagrodzie chadzał Maliniak, ukochany przez gospodarzy i gości. Maliniak był prosiaczkiem o wyjątkowo krótki nóżkach i zacnej masie. Podobno skończył na ruszcie, choć osobiście w to nie wierzę. Kuchnia jest tu naprawdę wysokiej klasy i przyjaciół raczej do pieca nie wrzucają ?

W karcie królują lokalne i oryginalne smaki. Są bliny gryczane z pokrzywą i ikrą z kabaczka, tatar jagnięcy, zupa krem ze zbiorów ogrodowych czy pierogi ze szczupakiem. Sporo dziczyzny i jagnięciny. Oczywiście dań rybnych nie brakuje w karcie, ale w tym sezonie brakuje ich przy zamówieniu. Udało nam się zamówić świetnego okonia z czarnym chlebem z domowego pieca (35 zł), ale już nie flagową pikantną zupę rybną (23 zł). Brakowało też pierogów. Rozumiem, że w tym sezonie takie miejsca, jak to, mogą po prostu nie wyrabiać pod naporem gości, ale mam nadzieję, że gospodarze popracują nad zaopatrzeniem kuchni. Folwark jest zdecydowanie wart odwiedzenia. Pamiętajcie tylko dzień wcześniej o rezerwacji stolika, bez tego ani rusz.

Numer #3: Swojski Gościniec w Prażmowie

Moje tegoroczne odkrycie numer dwa, ale na miejscu trzecim bardzo blisko Folwarku w Miłkach. Klimat podobny, kuchnia równie dobra, acz nie ma takich wykwintności jak dziczyzna i jagnięcina. Widoki folwarczne bardziej sielskie. Gościniec punktuje za to wnętrzami – ściany ze starej cegły, na nich dziesiątki bibelotów pamiętających czasy przedwojenne – i kuchnią, w której nie brak niczego a stolik łatwiej zarezerwować. W karcie prym wiodą swojskie dania a na ugaszenie pragnienia można zamówić pigwoniadę w kilku wersjach – od bezcukrowej po słodziakową. Jest też mój ukochany kwas chlebowy i to oryginalny, sprowadzany z Litwy.

Specjalności szefa kuchni jest kilka – smażony sandacz, bitki i inne mięsiwa, ale flagowce w kategorii mączono-ziemniaczanej są dwa: babka ziemniaczana z sosem kurkowym (22 zł) i pierogi z pyzą (18 zł – za 4 wielkie sztuki, 22 – za 6 wielkich sztuk). Zamówiliśmy i… odpłynęliśmy. Toż to dzieła sztuki! Babka podpieczona, nie przesmażona, jak to ją potrafią schrzanić niewprawieni kucharze. Sos delikatny nabity kurkami, nie płynący śmietaną. Moje pierogi to podobno specjalność, którą trudno spotkać gdzie indziej. Nadzienie składa się z tartych ziemniaków z dodatkiem boczku i cebulki. Trochę podobne do ruskich, ale jakby zmiksowane z pyzowym urokiem. Przepyszne!

Knajpka na uboczu prowadzona przez rodzinę, która rzuciła korpo i stolicę, by osiedlić się na Mazurach. Jest domowo, przytulnie, a gospodyni bardzo dba o miłą atmosferę. Świetny stosunek jakości do ceny, nie jest „po warszawsku” ?. Warto  zarezerwować stolik, bo w porze obiadowej może brakować miejsc.

Numer #4 Rydzewo: Tło dla Mew, Jakubowa Chata, Czarny Łabędź, Marina Lester i Pod Świerkami

Tło dla Mew – to tu co wieczór płonie ognisko

Obserwuję (i smakuję) rydzewskie knajpy regularnie od pięciu lat, bo w każdym sezonie bywam tam po kilka razy. Umieszczam całe Rydzewo w jednej rekomendacji, bowiem trafiając to tej urokliwej wioski nigdy nie będziecie chodzić głodni. Każdy knajpa oferuje trochę inny repertuar. Ja w takich okolicznościach przyrody najbardziej doceniam domowe smaki i proste dania, które znajdziecie w Tle dla Mew (niezłe placki ziemniaczane, choć w sezonie 2020 się zminiaturyzowały – 18 zł, dobre pierogi, niezłe mielone) i sąsiadującej z nim tawernie (pomidorówka jak u mamy z domowym makaronem – 12 zł).

Plusem w tym miejscu jest widok na jezioro, acz największą przewagą konkurencyjną – wędzarnia Pana Bolo, jednego z najbardziej sympatycznych przedstawicieli gatunku męskiego, jakiego w życiu spotkałam! Na fartuchu ma wydziergane „Dymny Wędzarz”, wrażenie robi takie, że chce mu się człowiek rzucić w objęcia, a jak jeszcze spróbujecie jego świeżo wędzonej siei, pstrąga lub mięsiw (szynka, schab i kiełbasa „bolosławska” – ceny między 35 a 50 zł/kg), to można się w Panu Bolo zakochać! Specjały do kupienia w dni wędzenia po godz. 19, ale wszystko rozchodzi się w mgnieniu oka, więc trzeba koczować pod ladą i liczyć na szczęście. Ostatnio powstała druga wędzarnio-piekarnia i na Facebooku widzę, że do repertuaru doszła kiszka ziemniaczana i domowy chleb! Tych ostatnich jeszcze nie testowałam, ale nie mogę się doczekać. Tło jest sztos, koniecznie odwiedźcie będąc w Rydzewie. Więcej o tym miejscu poczytacie tutaj klik.

Kulinarny spacer po Rydzewie

Świetne kartacze i naleśniki są w nieodległej od Tła jadłodajni Pod świerkami. Raczej na obiad nieromantyczny, ale pyszny za to. Podobnie smacznie, ale znacznie bardziej elegancko, jest w leśnej restauracji U Jakubka. Błogo i sielsko, a po pergolach w części ogrodowej wspinają się pędy dzikiego wina. W karcie sezonowe zupy (np. kurkowa – 10,50 zł), wyśmienite pyzy, pierogi i naleśniki (wszystkie poniżej 16 zł za porcję) i hitowy placek ziemniaczany jakubowy za mniej niż 20 zł. Są też ryby i schaboszczaki, a wszystko po domowemu i z naturalnych składników. Ceny bardzo przystępne, tylko na dania trzeba trochę poczekać.

Pozostało dwóch bohaterów, o których po krótce: Lester ma dobre dania z wołowiny i zjecie tam naprawdę zacnego burgera za niewygórowane 25 zł. Rybna też w porządku. W słynnym Czarnym Łabędziu wszystko jest na wysokim poziomie, w tym bardzo solidne ryby. Przy czym ten poziom to generalnie wysokie C (ceny i położenie nosa gości ?). Trochę snobistycznie, tak po polsku aspiracyjnie, bywają tam celebryci. Ja za takimi klimatami nie przepadam. Acz powtarzam – kuchni nie można odmówić jakości (zdobyła kilka nagród i wyróżnienia Gault&millau), a restauracji – przyjemnego widoku na jezioro.

Numer #5: Gościniec Ryński Młyn w Rynie

Jestem fanką smaków lokalnych i tu takowe znajdziecie. Kuchnia jest tradycyjna, ale podana w eleganckiej formie. W gratisie widok na jezioro, a obok sklep z lokalnymi smakołykami, m.in. rybami w zalewie, miodami i nalewkami. Bardzo doceniam młyński klimat i chętnie tu wracam odkąd poznałam to miejsce rok temu. Nie ma już, niestety, na „Desce Młynarzowej” kiszki ziemniaczanej, ale pozostała babka (dostępna tylko w ramach deski wraz pierogami, mięsiwami i warzywami za 140 zł na 4 osoby). Są też kartacze (24 zł), ruskie (16 zł) i ryby mazurskie – sandacz i okoń w zestawach za 39-40 zł. Wieczne kolejki do stolików o czymś świadczą. Warto tu wpaść na lunch, nawet jeśli trzeba chwilę poczekać na stolik.

Numer #6: Restauracja Janus w Guziance

Miłościwie nam panujący zafundowali nam nową śluzę w Guziance (za unijne, ale doceniam, że ktoś się tym zajął), którą to postanowiliśmy w tym sezonie przetestować. Po tym niecodziennym doświadczeniu banda czworga głodnych skierowała się do poleconej przez kogoś w internetach restauracji U Janusa. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy przycumowaliśmy (z wody nie wyglądało to aż tak dobrze). Nie ma drugiego tak ukwieconego portu na całych Mazurach! Teren jest niezwykle zadbany, nie zliczę kwiatów i krzewów, które wspinają się po wzniesieniu prowadzącym do restauracji, z której rozpościera się rewelacyjny widok na zatoczkę.

W karcie domowe smaki, świeże ryby i pierogi. Można usiąść na tarasie, wyłożyć odnóża na balustradę (nikt nie ma o to pretensji!) i wcinać specjały lokalnej kuchni. Testowaliśmy tam dania dnia – zupę grzybową, rybę, pierogi i szarlotkę. Nie zrobiłam, niestety, zdjęcia rachunku, ale z tego, co pamiętam, cena za rybę z ziemniakami i surówką to około 25 zł, zupa około 12. Zatem ceny niewygórowane, a było bardzo smakowicie.

Numer #7: Pod Dębem w Rucianem Nida

Doskonałe ryby w Pod Dębem, Ruciane Nida

Po samym porcie spodziewałam się autoreakcji w postaci ochów i achów, bo tyle o nim słyszałam. Podobno kiedyś wygrał ranking na najładniejszy port na Mazurach. Może i niebrzydki, ale szant nie śpiewają i zasypiają po 21, co odejmuje im z pięć miejsc w rankingu ładności ? Za to kuchnia nadrabia! W karcie jest sporo ryb, które w wersji wędzonej można kupić też na wynos. Nigdzie tego lata nie jadłam węgorza, a tu był dostępny i smakował wyśmienicie (23 zł za porcję jak na zdjęciu). Spałaszowałam też rosół z kawałkami sandacza (18 zł) i sandacza z surówką z białej kapusty (37 zł). Wszystko prosto i bez zbędnych ozdobników. Taka kuchnia jest najlepsza.

Numer #8: Spiżarnia w Mikołajkach

Na mojej liście ukochanych szant mam „Mikołajki” w wykonaniu zespołu Szantaż. Czuję też duży sentyment do tego miasteczka ze względu na stare czasy. Jednak nie ma takiej siły, która dziś przekonałaby mnie do przybijania tu na dłużej niż 2 godziny. Nieustanny festiwal disco polo w TVP przy tym, czego doświadczycie w Mikołajkach w sezonie, jest niczym. Pozbawieni karku (strach pomyśleć, czego jeszcze) jegomoście na wieeelkich motorówkach wszędzie wokół. O poranku obudzi Was taneczna nuta „Rapapara” (odpalając na YouTube słuchacie na własną odpowiedzialność, acz zdecydowanie nie polecam). I te tumany… obłoki, żeby nikogo nie urazić.

Zatem jak już przybijecie do Wioski Żeglarskiej, to owszem, można zrobić spacer, a następnie udać się do Spiżarni. Blisko szlaku, ale nie tak turystycznie. Jedzenie bardzo w porządku, dobry smalec z ogórkami (12 zł), przyzwoity sandacz z kaszotto (Tajemnica Wodnika, około 38 zł), sielawki bez udziwnień (Córka Rybaka, 34 zł) i pomidorowa jak domowa (12 zł). Mają też pierogi, sałatki i karkówkę. Karta zasadniczo bardzo obszerna. Warto wpaść na lunch lub kolację. Na stolik trzeba w sezonie poczekać.

Numer #9: Tortuga w Popielnie

W tym przypadku mam duży sentyment, bo port jest kameralny, zupełnie niekomercyjny, cudny! Knajpa jest nowa, niedaleko koniki polskie a wokół stare jabłonie. Jakby tego było mało – tam grają prawdziwe, klasyczne szanty! Wcześniej nie słyszałam o zespole Żaglers. Trafiliśmy na ich koncert w Popielnie i grali tak, jak się powinno grać szanty. Klasycznie, prosto i z serca. Dobry akompaniament do smacznej kuchni. Zjedliśmy świeżego, dobrze usmażonego miętusa i okonia w zestawie z frytkami (do poprawki, bo z paczki) i surówką (do poprawki, bo zaśmietaniona). Ceny po 50 zł/zestaw. W karcie były tylko ryby dnia i jeden rodzaj mięsiwa. To oznacza, że gotują  na bieżąco i podają na świeżo.

Śniadania też w porządku – naleśniki z jagodami i jajecznica (22-24 zł). Podobno mają też domowe jagodzianki i tosty z trzema pastami, ale akurat nie były dostępne podczas naszego pobytu. To nowa tawerna uruchomiona w połowie sezonu, więc rozumiem, że muszą się trochę rozkręcić. Ma jednak duży potencjał i myślę, że za rok będzie jedną z lepszych w okolicy, jeśli właściciele podtrzymają żeglarskie klimaty i rozwiną nieźle zapowiadającą się kuchnię w kierunku lokalnych, autentycznych smaków.

Numer #10: Restauracja Marina Śniardwy w Nowych Gutach

Wielkie to były nadzieje, kiedy oglądałam tę restaurację i cały port na zdjęciach. A wyszło przeciętnie. Może pora dnia niedobra, może kuchnia zaspana. Zupa rybna byłaby smaczna jako zupa warzywna, zawierała bowiem laboratoryjne porcje ryby, a kosztowała 18 zł. Burger wołowy (zdaje się, że około 30 zł) też nie powalał na kolana. Taki zwyczajny, bez zachwytów, na zabicie głodu. Wpadliśmy tam na szybki lunch, więc może za mało potestowałam (choć zupna rybna na Mazurach jest dla mnie swoistym papierkiem lakmusowym lokalnej kuchni, a tu było słabo). Restauracja ma potencjał, jest ciekawie położona z dobrym widokiem na jezioro. Jednak w porze lunchu w sezonie było tam pusto. Coś ewidentnie jest do poprawki, choć miejsca nie przekreślam i zważywszy na dobre opinie w internecie wierzę, że mieli słabszy moment i może być tam pięknie i smacznie. Tylko ceny warto byłoby dostosować do okoliczności przyrody.

Gdzie raczej się nie zbliżać?

Tawerna na świeżym powietrzu w Wierzbie (przy kei, port PAN)

Hitem zakładu jest zupa pomidorowa. Zapytałam czy domowa, więc kelnerka zarzekała się, że gotowana przez panią Jadzię czy inną Danusię. Jak wiadomo standardem polskiej pomidorowej jest dodatek tortellini (te akurat z paczki). Pomidory w pomidorowej były jakby z puszki, tłuszczu niewiadomego pochodzenia pływającego po powierzchni – od serca, przypraw ostrych również i zupełnie nie czuć było tam ręki pani Jadzi. Chyba, że pani Jadzia ma takie zdolności kulinarne jak i ja. W tej sytuacji polecałabym się pani Jadzi przebranżowić. Nie udało mi się zasmakować innych specjałów kuchni, bo w karcie były tylko frytki i pizza. Też zapewne po polsku, więc bałam się spróbować.

Co omijać szerokim łukiem?

Uwaga: Mazurski Potwór 😉 Restauracja Port Keja w Węgorzewie

Lokalizacja na samym końcu Mazur. Jakoś kojarzy mi się z ciemnym głębokim miejscem stanowiącym zakończenie przewodu pokarmowego. Port w Węgorzewie, jakkolwiek urokliwy wizualnie, okazał się kulinarną czarną… dziurą. Obsługa mogłaby z marszu całym zastępem zagrać u Barei. Ryby są w karcie i tylko tam. Micha pierogów jest michą pierogów. Bez okrasy, a już na pewno Karola. Sztuka mięsa w sosie jakimś tam z dodatkami dokładnie tak smakuje – nijak w wersji bardzo przesolonej. Ilości glutaminianu nie powstydziłby się blaszak z kuchnią pseudochińską. A co było dalej? Znacie ten kawał. Po biesiadzie w restauracji do gości podchodzi kelner i pyta: „smakowało Szanownym Gościom?”. Goście odpowiadają z lekkim zawahaniem: „No… dupy nie urywa”. Na co kelner z nieskrywaną satysfakcją: „Szanowni, cierpliwości…cierpliwości!”.

Ucztę bez uszczerbku przeżył tylko klient awanturujący się, bo w porwanych dżinsowych szortach. Spróbowawszy każdego ze smakołyków natychmiast pobiegłam zrobić raban (bez skutku), po czym zamówiłam frytki (dramat), a następnie głodna wróciłam na łajbę i zjadłam suchary beskidzkie. To mnie uratowało przed intensywnym zwiedzaniem okolicznych toalet wieczorową porą.

(wizyta w połowie czerwca 2020)

Mazury kulinarny cud natury? Podsumowanie

Kameralny port w Popielnie, gdzie grają szanty (a wokół jachtów pływają kaczki i łabędzie)

Komercja z masówką zalewa Mazury, ale są tam jeszcze spore oazy prawdziwie żeglarskiego klimatu i przemożnej lokalnej kuchni. Najgorzej jest w Mikołajkach. W wiosce da się znaleźć niezłą knajpę (Spiżarnia, Restauracja na Wodzie, Port Smaku, Pod Złamanym Pagajem) z przyzwoitą rybą, ale to nie zrekompensuje Wam poczucia, że dotarliście do stolicy disco polo i bezguścia w wersji hard. Ukojenia po tych traumatycznych doświadczeniach szukajcie w Rynie, Giżycku (Siwa Czapla czy Ekomarina mają niezłą kuchnię, choć samo miasteczko jest w sezonie zatłoczone) lub na południu – u Janusa w Guziance i Pod Dębem. Do kulinarnego raju traficie zaś w Wiosce Rowerowej nad Bełdanami, w Prażmowie i Miłkach oraz moim ulubionym Rydzewie. Poezja kuchni mazurskiej w najlepszym wydaniu!

PS. 1. Powyższa lista to najlepsze knajpy ze świeżymi recenzjami, które testowałam w okresie od połowy czerwca do połowy sierpnia 2020. Nie zamieszczam tu mazurskich flagowców, które znam, ale nie byłam tam ostatnio. Mam dobre wspomnienia kulinarne m.in. z Ekomariny w Giżycku i Rybaczówki w Bogaczewie. Nie byłam jeszcze w słynnej restauracji na wodzie na Jeziorze Szymon oraz znanych knajpach w Kietlicach, Ogonkach, Harszu – to jeszcze przede mną. Opiszę we wrześniu podczas zamknięcia sezonu.

PS. 2.  Nie zamieszczam zdjęć paragonów w tym wpisie, bo nie wszystkie pamiętałam zabrać i zachować. Chciałabym jednak, żebyście wiedzieli, iż żadna z recenzji na moim blogu nie jest sponsorowana i nikt poza mną samą nie ma wpływu na oceny miejsc i smaków. No, może poza najbliższymi, którzy pałaszują i zwiedzają wspólnie ze mną.

Zostaw komentarz