Kura gong bao vs kura w cieście kokosowym. Cielęcina w warzywnych fiokach w starciu z kaczką w grzybach. Kryształy vs pudło jednorazowe. A jednak da się to porównać. Ja się w każdym razie odważę!

Żem marskistka – socjalistka to już nie raz słyszałam, co mi tylko dodaje animuszu do czynienia takich oto obrazoburczych porównań ???? Nasunęło mi się samo po ostatniej niedzielnej wizycie w znanej restauracji Pańska 85. Zachwycali się nią moi znajomi Chińczycy pytani o najlepsze miejsce z prawdziwie chińską kuchnią w Warszawie. Polecali koledzy chadzający tam na biznesowe kolacje. Wspominali przyjaciele wizytujący przybytek przy Pańskiej na okazje towarzyskie. Ja postanowiłam do niej zawitać na niedzielny obiad z rodziną. Przybyłam i przeżyłam de ja vu – okazało się, że już tam kiedyś byłam.

Jaka jest Pańska 85? Wielkopańska! I zacna kulinarnie. Acz na mój smak, to głównie w przystawkach i wystroju. Z daniami głównymi, na czele z kurczakiem gong bao i cielęciną w papilotach, bym nie przesadzała. Taki zdecydowanie przyzwoity standard, ale nie po 50-60 zł za porcję. Za takie stawki, to ja bym oczekiwała ochów z achami, a tu raptem – okej. Przejdźmy jednak do szczegółów.

Opary luksusu

Fortepian, rzeczone kryształy i Veuve Cliqout. Okrągłe stoły, zacne patio i jeszcze zacniejsi goście. Kaczka w całości za całe 165 zł wjeżdżająca ceremonialnie na srebrnej tacy. Ośmiornica wolno gotowana i stuletnie kacze jajo na zakąskę. Łosoś w mango, małże św. Jakuba i tatar z tuńczyka. Boskie pierożki na parze z wieprzowiną i porem. Z menu na tablecie. Drinki dobrane podług chińskiego horoskopu. I ciastko z wróżbą na deser. Wszystko dopracowane co do joty.

Próbowaliśmy przystawek, które zasługują na wysokie noty – bardzo ciekawy łosoś w mango (29 zł) uciekający z pałeczek ze względu na figlarny sos. W smaku – pyszności! Pierożki tak smakowite, że nienasycona chciałam zamówić drugą porcję jako danie główne. Bez zachwytów nad zupami – próbowaliśmy Hot&Sour (16 zł) i Won Ton krewetka (25 zł) – smaczne i tyle. Nie odważyłam się schrupać stuletniego czarnego jajka, ale wygłodzona w oczekiwaniu na dania główne postanowiłam wciągnąć marynowane algi (29 zł), które uwielbiam. I tu była skucha, bo te algi zupełnie nie przypominają znanych mi delikatnych, z morską nutą – są naczosnkowane i naszprycowane chilli do bólu.

Rozczarowanie główne nastało, gdy na stół wmaszerowały klasyki chińskiej kuchni w wydaniu de luxe. Wyglądały rasowo, acz zewnętrze z wnętrzem tu nie korespondowało. Kurczak Gong Bao (41 zł) i cielęcina w sosie ostrygowym z kiełkami fasoli mung (59 zł) a także ostry kociołek po syczuańsku (49 zł) wypadły blado. Liczyłam na odlot, a to takie zwyczajności z typowej chińskiej knajpy, tylko dużo ładniej podane i pozbawione towarzystwa paskudnie słodkiej surówki kapuścianej. Zwycięzcą przy naszym stole został jegomość, który zamówił wolno gotowaną ośmiornicę w warzywach (za, bagatela, 69 zł). Ta była zaiste warta spróbowania.

Na koniec bardzo zaimponował mi pan kelner, który – usłyszawszy żartobliwie wyrażoną reklamację na mało sympatyczny tekst wróżby z chińskiego ciasteczka – przyniósł mi dwie garście nowych ciasteczek. W naszej babskiej ekipie przeszukałyśmy wszystkie wyciągając te preferowane wróżby 😀

Doceniam miejsce, pomysł, obsługę i kuchnię (nie całą). Warto było, ale to jednak nie moje klimaty. Co do oceny byliśmy zgodni w proporcji 4:1.

W oparach smaku (i zapachów z kuchni)

Do mojego ukochanego blaszaka na Sielcach nie umówicie się na randkę, biznesową kolację, rodzinny obiad i cokolwiek innego. Tu nawet nie bardzo da się usiąść w środku oczekując na zamówienie, bo ryzykujecie rychłą wizytę  płaszcza w pralni chemicznej. A jednak jakoś przyciąga i to od lat. W moim przypadku od jakichś siedmiu. Nie mam pojęcia, jak się nazywa. Blaszak chowa się za drzewami w okolicach apteki i poczty, w jednej z odnóg odchodzących od ulicy Chełmskiej. To chyba najlepszy warszawski chińczyk w wersji tanio i dobrze.

Karta menu? Zapomnijcie. Tablica na ścianie musimy Wam wystarczyć. Pozycji milion, jak to w chińskim blaszaku. Przetestowałam promil z tego miliona i od lat jestem wierna trzem tutejszym daniom. Numer 1 – kaczka z grzybami mung. Niepokonana przez żaden azjatycki przybytek kulinarny w lokalizacji pozaazjatyckiej. Mistrzostwo świata! Chrupiąca skórka, soczyste mięso, rewelacyjny sos z warzywami i grzybami. Duuużo wszystkiego. Glutaminianu zapewne też, ale taki urok tego rodzaju kuchni. Mam to w poważaniu, nie jadam przecież tego codziennie. W zestawie z kaczką – ryż lub makaron sojowy. Całość za niewygórowane 19 zł. W zestawie dostaniecie jeszcze dramatycznie przesłodzoną kapustę. Tej nigdy nie ruszam w żadnej chińskiej knajpie. Kto to w ogóle wymyślił?

Hit numer 2 – no też kaczka, tym razem na gorącym półmisku. Tę wypada zjeść na miejscu, czyli tylko latem na zewnątrz. W środku nie polecam. Hit numer 3 – nie, nie będę Was dręczyć kaczką. Super pyszne są zwyczajne kulki z kurczaka w cieście kokosowym (jakieś 15 zł). Proste i pyszne. Mają tu też niezłą wołowinę i wieprzowinę w kilkunastu odmianach, podobnie jak kurczaka w różnych sosach (na zdjęciu – kurczak po syczuańsku). Duży wybór, bardzo przystępne ceny i pysznie.

Jak macie ochotę na „chińczyka na bogato”, to dobry adres. Jeśli lubicie azjatyckie klimaty w wersji light i kierunku wietnamskim (mało tłuszczu, dużo warzyw, prawie żadnych wzmacniaczy), to polecam przetestować niepozorną knajpkę „Pan Bao” przy Jana Kazimierza na Woli. Świetny bun z kaczką i pękające od świeżych ziół spring rollsy. Ale to temat na inną opowieść.

1 Comment

Zostaw komentarz