Wegetarianie zamknijcie oczy, ten wpis będzie obrazoburczy. Pełnokrwiście romantyczna kolacja nie może obejść się bez kawałka soczystego mięsa wołowego, zwanego potocznie steczorem. Najlepiej wersji średnio wysmażonej w towarzystwie pieczonych warzyw i sosu barbecuqe, gorgonzola lub na palonych kościach.

Wyjście do stekowni traktuję zawsze jako swoiste święto. Przyrządzenie dobrego steka to prawdziwa sztuka i jest to danie, którego z natury rzeczy nie spożywa się na co dzień. Ustanowiłam w naszym domu nową świecką tradycję, w ramach której każde „romantyczne” święto oprawiamy dobrym stekiem i winem. Ostatnio takich świąt była potrójna kumulacja, stąd przetestowaliśmy trzy z czterech najbardziej znanych stekowni w Warszawie. Oto wyniki mojego prywatnego rankingu.

Nr #1

Hoża Argentine Steak House, ul. Hoża 25a

Miejsce w stylu posh, za którym to stylem nie przepadam, ale na wyjątkową okazję prywatną czy elegancką kolację biznesową nadaje się świetnie. Regały uginające się pod ciężarem dobrego gatunku win okalają ciemne ściany, fragmentami z naturalnej cegły. Wnętrze rozświetlają lampy o ciepłej barwie, trochę w stylu klimatycznej francuskiej restauracji lat 20.

Z obfitej karty, w której znajdziecie szeroki wachlarz przystawek (np. smażone kalmary), owoce morza i oczywiście steki, wybraliśmy klasykę. Rib-Eye polski sezonowany (90 zł) i polędwicę polską sezonowaną (75 zł) do tego warzywa z grilla (15 zł) i duszone boczniaki (12 zł). Sosy są dodatkowo płatne – wybrane trzy to koszt dodatkowych 20 zł. Do tego obowiązkowo lampka czerwonego wytrawnego wina. Zdaliśmy się na rekomendację kelnera, acz chyba w tym miejscu możecie trafić tylko na dobre i jeszcze lepsze wino. Wrażenia? Polędwica, która jest z natury najbardziej delikatnym kawałkiem w całej stekowej rodzinie, rozpływała się w ustach. W połączeniu z sosem z zielonego pieprzu była kulinarnym odjazdem! Podobnie jak Rib-Eye (serce antrykotu z tłustym oczkiem w środku) podany w solidnej 350-gramowej porcji rozbijał stekowy bank. Na bank wrócimy!

Stek z polędwicy, Hoża 25a

Nr #2

Podkowa Wine Depot, ul. Nadarzyńska 4, Podkowa Leśna

Wszyscy podkowianie dobrze znają ten adres jako miejsce idealne na weekendowe rodzinne obiady. Restauracja pracuje tylko trzy dni w tygodniu – od piątku do niedzieli. W pozostałe działa jako sklep z winami, zresztą doskonale zaopatrzony. Jeden z właścicieli osobiście dogląda obsługi i serwuje gościom świetne wino. Poza stałą kartą jest też menu na tablicy z aktualnymi przebojami szefa kuchni. To miejsce zupełnie inne niż stekownia przy Hożej, niezobowiązujące, przyjazne gwarnym biesiadom rodzinnym. Porcje są też jak u mamy :). Zjedliśmy na przystawkę grillowane kalmary w cudownym sosie (35 zł) razem z gratisowym czekadełkiem w postaci bagietki podanej z oliwą czosnkową. Pani kelnerka uczciwie doradziła nam jedną przystawkę do podzielenia się, bowiem porcje głównych dań są naprawę zacne.

Byliśmy wierni naszym typom – z dość sporej karty wybraliśmy sezonową polędwicę polską (240 g/85 zł) i antrykot polski (360 g/72 zł). W Wine Depot steki podawane są w zestawie z opiekanymi ziemniakami i sałatką lub duszonymi warzywami (rewelacyjne), zatem nie trzeba już doliczać ceny dodatków. Do tego lampka porządnego czerwonego wina do wyboru przy barze i mamy zestaw idealny. Steki w obydwu wersjach były przyrządzone idealnie, a porcje tak bardzo od serca, że nie byliśmy już stanie spałaszować deseru.

Jeśli szukacie miejsca na rodzinny obiad w weekend, spotkanie z przyjaciółmi, ale równie dobrze też randkę bez napinki, stekownia w Podkowie będzie wyborem doskonałym.

Stek z polędwicy, Podkowa Wine Depot

Nr #3

Ed Red, Hala Mirowska (I piętro)
Edit: po pandemii miejsce zamknięte, ale podobno są plany przeniesienia lub zmiany formuły działania

Dotarliśmy do trzeciego miejsca rankingu, które zajęła kultowa w Warszawie knajpa serwująca steki. Doceniam za jakość dań, mniej za klimat. Ed Reda odwiedzaliśmy w powalentynkową niedzielę. Może dlatego, że dopiero co minęła zawierucha związana ze świętem nakazanym przez zachodnią popkulturę, knajpa wyglądała, jakby wiatr wiał między stolikami. Było pusto i mało klimatycznie.

Na przystawkę zamówiliśmy kaszankę podaną z konfiturą i jabłkiem (23 zł), która powali na kolana każdego fana takich wschodnich specjałów. Była świetnie doprawiona, ostra i soczysta. Dania główne tym razem bez królowej polędwicy. Zamówiliśmy steka New York (wycinany z rostbefu i twardszy niż polędwica, ale uważany za bardziej smakowity) oraz tradycyjnie Rib-Eye. Obydwa z polskiego mięsa sezonowanego. W Ed Redzie ceny podawane są za 100 g, a kawałki mają po co najmniej 200 g. Za niedużego steka New York zapłaciliśmy około 70 zł, a za większego Rib Eye (100 g/45 zł) około 100 zł. Mięso w obydwu wersjach było kruche, soczyste, bardzo aromatyczne. Steki w wersji idealnej, choć ja jednak pozostanę fanką polędwicy. Mniej idealne były dodatki, które zamawia się oddzielnie. Warzywa korzenne z miodem (11 zł) do steków powinny być surowo zabronione. To jakby królową brytyjską posadzić na kolacji obok Magdy Ogórek. No po prostu nie pasuje, choć ładnie wygląda.

Stek z antrykotu, Ed Red

Miejsce warte odwiedzenia, ale swoje największe ochy i achy kieruję do dwóch pierwszych. Czekam również na zderzenie recenzji tychże z ostatnią pośród „wielkiej czwórki” stekowni, czyli Butchery&Wine. Recenzja wkrótce.

Zostaw komentarz