Tęsknicie za podróżami, smakowaniem kuchni świata i aromatami przysmaków z lokalnego targu w Grecji, Hiszpanii a może Francji? Voila! To wszystko w pigułce znalazłam w Hali Gwardii snując się tam w leniwe sobotnie południe.

Uwielbiam klimat targów w stylu madryckiego Mercado San Miguel, który odwiedziłam kilka lat temu i pozostaje moją miłością do dziś. Boskie tapas z oliwek, lokalnych serów i szynki Serrano w akompaniamencie Sangrii i owoców morza w setkach postaci. To kulinarna wizytówka Madrytu, a jednocześnie piękna hala targowa z początku XX wieku. Istny raj, za którym tęsknię. 

Wracamy na ziemię. Jest szaro-bura jesień, wszyscy dostajemy covidovej cholery od siedzenia w domu a  czas uroczych targów śniadaniowych na świeżym powietrzu już za nami. To tam latem można posmakować kuchni świata i zaopatrzyć się w produkty od lokalnych dostawców – od chleba po soki z bzu. Cóż, począć. Można jak Himmilsbach (do Maklakiewicza) :

– Masz jakieś plany na jesień?
– Pić będę.
– Przecież taki sam miałeś plan na lato!
– O czym ja mam rozmawiać z człowiekiem, który nie rozróżnia wesołego letniego picia od jesiennego depresyjnego pijaństwa?

Można też uciec w podróż, ale akurat tej jesieni nie można. Można skupić się na innych przyjemnościach, ale ten blog akurat o tym nie jest ;). No albo można jeść i wesprzeć przy okazji branżę gastro. Taki plan na jesień właśnie wdrażam.

Polowanie na smaki

Dziś, w poszukiwaniu turbo zdrowych kiszonek, wpadłam do Hali Gwardii i się teraz zastanawiam, czemu ja tam co weekend nie chadzam mając taką perełkę rzut beretem od domu. Targowisko smakoszy jak się patrzy. Na wejściu co prawda było drobne rozczarowanie w postaci oliwek po 100 zł za kilogram. Zakładam, że miały złote pestki. Dalej było już samo dobro i piękno. Stoisko z parmezanem i włoskim serami w dziesiątkach wariacji. Po sąsiedzku kuszą francuskie słodkości a dalej lawendowy przystanek niczym kadr wycięty z uliczki w Prowansji. Trzy metry obok greckie najlepszości feto-oliwkowe (tu wielkie oliwki były bez złotych pestek, za rozsądne 55 zł/kg). No ale nie samymi oliwkami człowiek żyje! Trudno przejść obojętnie obok gigantycznej lady wyłożonej kawiorem (mini puszka za 45 zł), a dalej jest jeszcze trudniej, bo wpadamy na dwa stoiska z wędzonymi tuńczykami, sumami, łososiami i rybami w zalewie. Tu płacę kartą i zamykam oczy.

Stoisko prowansalskie
Włoskie wędliny

Otwieram i widzę grupę rozradowanych Włochów rozprawiających nad salami i mortadelą. Ta druga ma sławę mdłej i zawsze kojarzy mi się z premierem Prodim, który pochodził z jej ojczyzny – Bolonii – i był nazywany Mr. Mortadelą przez swoich adwersarzy politycznych. Włosi masowo dali się zauroczyć jego przeciwieństwu – Berlusconiemu. Gdybym miała przyrównać tego faceta do rodzaju mięsa, to byłyby to świńskie podroby. 

Wróćmy jednak do Włochów, którzy gust do polityków mają specyficzny, ale na jedzeniu znają się jak mało kto. Na stoisku włoskim dostaniecie wszystkie najbardziej zacne włoskie mięsidła, sosy i sery. To, że kręcą się tam lokalsi, samo w sobie jest dobrym znakiem.

To nie koniec podróży. Są jeszcze przystanki południowe – portugalski i turecki. Ten ostatni zapakowany po dach baklawą, więc jak komuś jesiennie doskwiera niedocukrzenie, to chaps i glukoza windą do nieba! 

Polskie przysmaki
Królestwo serów

W ojczyźnie

Na koniec lądujemy na polskiej ziemi. Sielsko, anielsko. Po lewej  żytnie chleby na naturalnym zakwasie, po prawej – pierogi i galareta. Nie sposób nie zahaczyć o naturalny warzywniak z polskimi pomidorami i dyniami. Tuż przy wyjściu kwas, ale taki dla zdrowotności. Wielkie stoisko z kiszonkami, po które tu wpadłam. To najlepszy sposób na odporność zimą i skolonizowanie organizmu zastępami pożytecznych bakterii. W torbie ląduje klasyk – zakwas z kiszonych buraków, kiszona papryka, oczywiście ogórki i kapusta, ale taka wersji de luxe, bo z kminkiem, imbirem i białym winem. Bardzo udane porozumienie polsko-azjatycko-francuskie! 

Polskie kiszonki

Z tym arsenałem smaków docieram do domu pod koc na wieczór książkowo – filmowy z jazzem w tle. Podróż zakończona, a może właśnie rozpoczęta. Następny razem wpadam do hali z większą gwardią na weekendowe późne śniadanie. Bo nie tylko stoiskami, ale też mnóstwem knajpek żyje to miejsce. Nawet w covidowych czasach. To już jednak temat na inną jesienną opowieść.

Zostaw komentarz