Zainspirowana moimi ostatnimi podróżami wpadłam na nowy pomysł. Jakoś tak smutno wracać choćby i z Dubaju do domu, w którym nie czeka na Ciebie nawet parchaty kot, któremu to możesz przywieźć jakąś rybę w prezencie (z Sopotu) czy ciastka z mlekiem wielbłąda lecąc do Warszawy z kraju szejków. 


Zrobiłam więc szybki rekonesans i wyszło mi, że do mojej antracytowej kanapy najbardziej pasowałby kot w kolorze tożsamym. Najlepiej Sfinks. A to dlatego, że jak się denerwuję, to ma ponoć minę podobną do mojej w tożsamych okolicznościach, a jak wiadomo zwierzęta upodabniają się do swoich właścicieli (to rzekł był mój były, więc nie jest przypadkiem, że nim został) . Ten Sfinks miałby więc łatwiej w życiu, bo nie musiałby się dostosowywać, skoro z natury jesteśmy podobni.

Jednak dalsze rozważania doprowadziły mnie do wniosków następujących: mam alergię na sierść, kot żre meble, obsikuje w złości różne kąty oraz – info od doświadczonych właścicieli  – kot myśli, że to Ty mieszkasz u niego, a nie na odwrót. Ten argument nie zniósł dalszej konfrontacji z rzeczywistością, bo w końcu nie po to kupiłam sobie tak małe mieszkanie, by nie zmieścił się w nim ze mną żaden Podgatunek, żeby teraz jakiegoś kota sobie sprowadzić, co pomyśli, że on tu królem, a ja to tylko od spłacania rat kredytu za te metry jego wybiegu. 

W poszukiwaniu

No więc pomyślałam – żółw. Powolny, stateczny, pięć razy się zastanowi, zanim krok zrobi. Idealna para dla mnie. Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Żre tylko sałatę, mebli nie. Długo żyje, wierny jest. Do tego nie sika złośliwie, jak kot. Jednak też ma, niestety, zapędy terytorialne. Lubi anektować przestrzeń. No i trudno go przytulić. Twarda sztuka. Niby dobrze, ale jednak ta twardość to głównie skorupa nie do przebicia. No, nie mój typ. Pomyślałam – trudno. Trzeba szukać trzeciej drogi.

Trzecia droga

Wtedy wpadłam na pomysł rybki. Nie ma sierści, nie ma skorupy, mocz oddaje w sposób subtelny i niewymagający interwencji chemii czyszczącej oraz zakupów aromatyzowanego żwirku. Przytulić się nie da, ale z kolei – w razie nadejścia trudnych czasów, dalszego wzrostu inflacji, cen benzyny i wejścia w życie #PolskiŁad – mniejszy żal zjeść rybkę niż kota czy żółwia. No i lubi pływać, jak ja. Weszłam na portal i czytam o rybkach. Okazuje się, że zasady budowania szczęśliwego akwarium jak w lustrzanej tafli odbijają zasady z naszego świata: “Nie łączyć ciepłowodnych z zimnowodnymi. Agresywnych lub skubiących z powolnymi lub delikatnymi, które nie potrafią się obronić. Ryb pochodzących ze skrajnie różnych środowisk, choćby nie wiem, jak bardzo nam się podobały” (źródło: Akwarysta Tradycyjny). 

Tak postanowiłam kupić rybkę. Bojownika, ale w moim przypadku, to będzie bojowniczka 🙂 

PS. W Dubaju spędziłam raptem 4 dni służbowo, zaliczając EXPO 2020 i podstawowe atrakcje miasta. Doprawdy nie wiem, nad czym te zachwyty. Jedyne miejsce, które naprawdę powala, to marina i rejs wokół niej. Cała reszta jest tak autentyczna, jak przekaz w obecnej telewizji państwowej. Ale o tym zrobię osobny wpis.

Zostaw komentarz